11
lip

Świat Warcrafta: Opowieść o przeklętym 1

O stół uderzył ciężki kufel, przyniesiony właśnie przez asystentkę karczmarza, wypełniony po brzegi ciemnym, spienionym piwem. Mężczyzna był wyraźnie znużony. Oparł głowę o zgiętą w łokciu rękę i westchnął ciężko. Spojrzał na kilka pustych kufli po jego prawicy. Następnie przeniósł swój wzrok na dopiero co przyniesione piwo. Uśmiechnął się pod nosem widząc, jak piana leniwie spływa po ściance. Czy opróżnienie i tego kufla coś mi da? - zastanowił się przez chwilę. Po krótkiej chwili bez najmniejszego oporu chwycił za rączkę naczynia i kilkoma dużymi łykami pozbył się jego zawartości. Był wyraźnie zadowolony z tego co zrobił. Otarł ręką krople trunku, które zostały na jego koziej bródce. Rozejrzał się po karczmie. Pomimo wieczornej pory, Lwia Duma nie była zbytnio zaludniona. Prócz niego w karczmie siedziało kilku nocnych elfów, rozmawiających bez przerwy w swoim ojczystym, pokręconym języku.

- Więcej ich drzewa nie wysiały?- mruknął półgłosem – Czemu akurat tutaj przesiadują? Spoglądał przez chwilę mętnym wzrokiem na grupkę, po czym odwrócił się z powrotem do swojego stolika. Może ten gnom - mądrala by mi powiedział… albo chociaż znalazł wytłumaczenie na ich masowe przybycie do Południowych Królestw? – zamyślił się, marszcząc przy tym czoło. Nieważne… Są ważniejsze sprawy, którymi trzeba się zająć. Rozsiadł się wygodniej w fotelu i spojrzał na mały płomyk świecy, stojącej na jego stole. Ogień przyczynił się do wielu cierpień w jego życiu. Ci, którzy znają jego mroczną historię mogą kiwać przytakująco głowami, lecz szczęśliwie dla niego, nie jest ich wielu. Człowiek przybliżył rękę do płomyka na odległość poczucia żaru. Znał dobrze to uczucie; niejeden raz jego ciało było poparzone i zwęglane przez ogień…

Dalaran, dziesięć lat wcześniej

Księżyc był w pełni, noc bezwietrzna. Kevran Arcanos odprawił już służbę ze swojego domu-wieży, mówiąc że udaje się na spoczynek. Czarodziej przebywał w podziemiach, w – jak to sam określał – sali eksperymentów. Siedział pogrążony w zadumie na fotelu. Jego myśli były tego dnia wyjątkowo nieuporządkowane, a przecież myślał, że jest tak blisko uzyskania rozwiązania. Wiedział, że jeśli mu się uda, urośnie w oczach Rady. Brakowało tylko jednego elementu! Z rozmyślań wyrwał go odgłos kroków na schodach. Wstał, przybierając groźną minę. Drzwi od sali skrzypnęły, a po chwili oczom maga ukazała się główka jego dziesięcioletniego syna, Lerena. Nagle przez jego głowę przemknęła porażająca myśl „obiekt”. Jego ściągnięta twarz rozluźniła się.

- wejdź, synu – powiedział cichym głosem. Leren nieśmiało wkroczył do sali.

- od czasu odejścia matki twój ojciec musi ciężko pracować… - Kevran podszedł do świeżo zapisanych zwojów na biurku, rzucił szybko na nie okiem, po czym odwrócił się do syna, kontynuując – bardzo ciężko jest utrzymać to wszystko. Ale tatuś cię kocha.. wiesz o tym, prawda?

- Tak, tato – odparł nieco zdziwiony chłopiec. Nie spodziewał się takiej dobroci ze strony ojca, nie nocą, kiedy mag zakazywał mu poruszania się po wieży.

- Lerenie, pokażę ci sztuczkę. Wszak zawsze chciałeś nauczyć się czarować, prawda? – ton czarodzieja był łagodny jak nigdy, chłopcowi zaświeciły oczy. Czarodziej podszedł do regału zawierającego – jak chłopcowi się wydawało- składniki do zaklęć. Zabrał z niego fiolkę z rdzawym proszkiem i czarny kamień.

- Zaraz zaczniemy, tak… - Kevran mruknął wyraźnie podenerwowany – stań tam – wskazał na drugą stronę sali ze srebrnym kręgiem na podłodze. Chłopiec z ochotą wykonał polecenie ojca. Będzie czarować, myślał tylko o tym.

- No, stań prosto wreszcie! – Kevran syknął, po czym podszedł do swego biurka. Leren przestąpił z nogi na nogę. Wiedział, że trzeba się słuchać ojca i każdą jego dobroć traktować jako nagrodę.

Kevran jeszcze raz spojrzał na zwoje, po czym wysypał trochę rdzawego proszku na dłoń. Odetchnąwszy głęboko wyciągnął rękę w kierunku swojego syna. Na jego twarzy widać było napięcie. Wymruczał coś pod nosem, wokół ręki zaczęły pojawiać się języki ognia. Leren z początku myślał, że to zwykły pokaz magiczny, taki jak te które mógł oglądać na ulicach Dalaranu. Jak błędna była jego ocena przekonał się, gdy uderzyła w niego ognista kula. Padł nieprzytomny, a ostatnią rzeczą, jaką czuł był zapach jego spalonego kaftanika…

Czasy obecne, Goldshire

Mężczyzna wyszedł z karczmy. Była bezwietrzna noc, ciemność rozświetlał księżyc w pełni. Wioska nigdy nie była opustoszała o tej porze ze względu na jej bliskie położenie przy Stormwind. Było to miejsce spotkań podróżników wszelkiej maści. Czasami przyjeżdżał nawet cyrk. Ominąwszy grupkę zapijaczonych krasnoludów, robiących sobie balangę na środku traktu, skierował swe kroki do kuźni. Żarzące się palenisko dogasało, człowiek zaklął szpetnie.

- Co to, zamykacie już dzisiaj? – rzucił do postaci schylonej nieopodal kowadła. Zaraz, kowalowi chyba nie potrzebny płaszcz z kapturem! W jednej chwili postać obróciła się, rzucając w niego nożem. Poczuł palący ból w udzie, ostrze trafiło w sam środek mięśnia. Nie zdążył nawet jęknąć, jak jego oponent wyciągnął dwa długie noże z pochew. Teraz mógł go zobaczyć, był przygarbiony… Jego twarz, bez skóry, widać było kości! To nie był człowiek lecz nieumarły! Ubrany właściwie w łachmany. Jedyną rzeczą, która się wyróżniała był złoty medalion wiszący na jego szyi. Za nim leżał zaszlachtowany kowal w kałuży swojej krwi. W jednej chwili upojenie alkoholowe człowieka znikło. Wyszarpnął miecz z pochwy i ustawił się w pozycji bojowej na tyle, na ile pozwalała mu jego przebita noga.

Z ust nieumartego wydobył się ochrypły śmiech. Bezszelestnie podbiegł do człowieka uderzając z dwóch stron sztyletami. Oba cięcia zostały odbite i nastąpione szybkim kontratakiem przy akompaniamencie przenikliwego bólu w udzie wojownika. Miecz człowieka uderzył jednak w powietrze; nieumarty zabójca w chwili opadania miecza był już za nim. Mężczyzna zdołał się tylko odwrócić, o obronie przed uderzeniem rękojeścią noża w głowę nie było mowy. Opadł ledwo przytomny na kamienną posadzkę kuźni. Na szczęście miecz nie wypadł mu z rąk. Z rany w nodze ciekła mu krew. Nieumarły znów się zaśmiał. Przykucnął przed nim, powoli zbliżając ku jego twarzy broń. - Pieprz się – warknął człowiek, siekając mieczem na odlew. Tego przeciwnik się nie spodziewał. Cios dotkliwie trafił rękę zabójcy, co przy jej „naturalnym” uszkodzeniu skończyło się natychmiastowym odjęciem. Nieumarły wykrzywił twarz w grymasie i złapał się za cieknący zieloną mazią kikut. A jednak coś czują pomyślał człowiek, po czym szybko wyciągnął zza pasa flakonik z czerwoną cieczą. W jednej chwili wyrwał nóż tkwiący w jego udzie i wypił zawartość buteleczki. Z początku tryskająca krwią rana niemalże się zagoiła - Szlag by to trafił.. za mała dawka – syknął człowiek czując większy ból niż wcześniej. Przynajmniej już nie krwawił i nie był taki unieruchomiony jak na początku. Chwycił mocniej swój miecz i podpierając się o niego, wstał. Zabójca prócz ręki stracił też poczucie humoru jakie miał na początku walki. Resztki mięśni i tkanek na jego twarzy wyrażały teraz tylko chęć mordu.

Tym razem to wojownik był pierwszym, który zadał cios. Potężne uderzenie z góry, mające przeciąć nieumarłego na pół smagnęło tylko powietrze. Nie tracąc czasu, zabójca od razu wykonał pchnięcie. Człowiek ledwo co go uniknął. Szybki skurczybyk… Zadał serię ciosów swoim półtoraręcznym mieczem, jednak szybki zabójca zdołał i przed nimi zrobić unik. Nieumarły nie pozostał mu dłużny, dziurawiąc jego skurzany kaftan. W końcu obaj zaczęli słabnąć. Zabójca nie zastanawiając się, rzucił swoim długim nożem w wojownika. Nie trafił.. Zachęcony bezbronnością człowiek już do niego podbiegał, gdy nieumarty uniósł swój medalion. Z jego wnętrza buchnął ognisty podmuch. Człowiek zdążył tylko zasłonić oczy, stracił czucie, a jego broń odleciała od niego…

Dalszy przebieg wypadków widział jakby przez mgłę, w jego uszach na przemian dzwoniło i piszczało. Wstał i kierował się ku nieumarłemu. Chwila ta zdawała się dla niego trwać godzinę. Po drodze wyszarpnął ze stojaka na broń topór bojowy. Nieumarły był bezbronny, spoglądał na niego z wystraszoną miną. Doszedł do zabójcy. Z dzikim okrzykiem na ustach wbił w jego klatkę piersiową ostrze topora, uniósł broń razem z nieumarłym do góry i uderzył jego ciałem o kowadło. Gdy z mostka i twarzy zaczęła wylewać się zielona maź, człowiek wziął ciężki młot kowalski i z dziką satysfakcją serią uderzeń rozpłatał czaszkę przeciwnika. Po upływie kilku minut, gdy podczas walenia słychać było tylko uderzenie w kowadło, opadł z sił. Cisza… Obejrzał się za siebie. W drzwiach do kuźni stali poprzednio bawiące się krasnoludy. Z rozdziawionymi ustami oglądali dzieło wojownika.

- Na kamienne cyce mojej babki! Przysiągłbym że nie słyszałem żadnej walki! – rzucił ten, który wyglądał na najbardziej pijanego

- Nu, póki ten ogień nie walnął! A w jaki szał dryblas wpadł! – poważnie kiwając głową dodał inny

- To nieumarły!? Patrzta bracia! Kowala sukinsyn zabił!

Potok słów ciągnął się dalej, obolały wojownik podniósł swój miecz. Będzie potrzebował jeszcze więcej napraw po dzisiejszym…

- Te, panie bohater? A kto ty tak w ogóle? Chcę swoim ziomkom opowiadać o tym com zobaczył – wyrwał go z otępienia jeden z bandy

- Nazywam się… Kevran Arcanos. – powiedział po chwili zadumy. Za każdym razem jak się przedstawiał miał niemiłe uczucie, że ktoś zacznie być zbyt ciekawski.

- No to panie Kevran, trza opić tą bitkę! A przy okazji to i jakaś dziewoja pana opatrzy!

Więcej słów namowy nie potrzebował. Banda krasnoludów porwała go do karczmy.

Ciąg Dalszy Nastąpi

02
lip

“Przygoda Karola”

Czasem bywam sentymentalny, szczególnie przeglądając moje stare prace. Opowiadanie, które zamieszczam w pierwszej kolejności jest głupie, dziecinne i trywialne. Dlaczego? Ponieważ napisałem je będąc w szóstej klasie podstawówki. Jedyną edycją dzisiaj były ewentualne literówki i jakieś bardzo rażące błędy. Interesującym zjawiskiem jest dojrzewanie stylu pisania wraz z biegiem lat. Kiedy czytam moje dawne teksty, na mojej twarzy pojawia się uśmieszek politowania. Co będzie za 10-15 lat? A co na starość?

Zapraszam do lektury i proszę potraktować opowiastkę raczej jako ciekawostkę niż coś poważnego.

Dziesięcioletni Karol Dybowski wstał z łóżka o godzinie szóstej, jak to codziennie robił, gdy miał iść do szkoły. Zaspany ruszył w stronę łazienki. Po skorzystaniu z toalety i umyciu zębów, tradycyjnie ubrał się, wziął plecak i ruszył w stronę schodów. Zszedł nimi na dół. Swe kroki skierował do kuchni, gdzie czekał na niego talerz z wyśmienitymi kanapkami i szklanka zimnego kakao. Przy lodówce krzątała się mama, najwyraźniej wybierając z lodówki składniki na obiad.

- Cześć mamo!- zawołał Karol

- Cześć Karolku! Szybko jedz, musisz zaraz wyjść! – odpowiedziała mama, po czym zajęła się swoimi sprawami. Karol popatrzył na zegarek – godzina szósta trzydzieści! Faktycznie musiał się śpieszyć, w końcu w jego szkole lekcje rozpoczynają się o godzinie siódmej. Szybko pożarł przepyszne kanapki z serem i z szynką, a następnie zaczął ubierać lekką kurtkę i jego markowe adidasy. Wyszedł, a gdy był w sporej odległości od domu mama krzyknęła nie wiedząc, że jej syn nie słyszy:

- Karolu! Nie zapominaj, że dzisiaj wizyta u ortodonty!

Karol szybkim krokiem szedł w stronę swojej znienawidzonej szkoły. Gdy widział już budynek, spostrzegł, że dwóch robotników naprawia główne wejście. Podszedł bliżej… Na ścianie szkoły wisiała pożółkła kartka. Było na niej napisane, żeby skorzystać z bocznego przejścia. Karol zauważył, że kilku jego kolegów przeszło przez główne przejście, ale on nie chciał się narażać. W końcu raz można posłuchać próśb dyrektorki. Skorzystał, więc z bocznego wejścia i skierował się w stronę szatni. Zostawił tam kurtkę i ruszył w stronę klasy. Był tam akurat wtedy, gdy zadzwonił dzwonek. Pani Genowefa, nauczycielka od historii, zjawiła się szybko.

Coś mi tu nie pasuje… Nikt ze sobą nie rozmawia i nauczycielka przychodzi zbyt szybko pomyślał Karol, kiedy wchodził do klasy. Również teraz nikt nie rozmawiał. Gdy chłopiec rozejrzał się po pomieszczeniu, spostrzegł, że każdy patrzy się przed siebie i nawet nie mruga oczyma. Pani Genowefa wyciągnęła ze swojej torby wczorajsze kartkówki i podeszła do Karola.

- Słuchaj leniu!!! – Krzyknęła nauczycielka nadzwyczajnym, grubym głosem, plując się okropnie. Ten dźwięk przypomniał mu efekty spowolnienia mowy w znanym programie komputerowym.

- Proszę? – spytał oburzony, a zarazem przestraszony Karol, a cała klasa zaczęła się śmiać podobnym do nauczycielki głosem.

- Oblałeś kartkówkę! Rodzice muszą cię ukarać! – krzyknęła pani Genowefa i spoliczkowała spanikowanego chłopca

- To boli proszę pani! – krzyknął Karol, a klasa śmiała się histerycznym śmiechem… Nauczycielka podeszła do swojej torby, poszperała w niej i po chwili podeszła do niego z obnażonym nożem, na którego ostrzu była zaschnięta krew.

- Kara będzie surowa! – wrzasnęła i w tej chwili przerażony chłopiec zaczął uciekać. Biegł przed siebie. Kierunkiem było wyjście. Gdy wybiegł ze szkoły, od razu skierował się w stronę swojego przytulnego domu, by powiedzieć mamie o zdarzeniu.

Dobiegł strudzony, i szybko wszedł do środka. Karol mógł teraz odetchnąć. Poszedł do kuchni – ulubionego miejsca przebywania mamy. Stała tam ubrana w kurtkę i szalik. Podrzuciła głową, na znak przywitania i skierowała się do wyjścia, nie zważając na synka. Karol zaczął za nią wołać, ale na próżno – już się ulotniła. Zmęczony i przestraszony usiadł na sofie i przymknął oczy. Zorientował się, że jest w swym łóżku! To był tylko zły sen! Chwilę po obudzeniu się, do jego pokoju weszła mama i pani Genowefa… Obie kurczowo trzymały zakrwawione noże do krojenia mięsa. Po chwili zaczęły się śmiać demonicznym głosem, jaki słyszał w szkole…

Jeszcze jedno: Z tego co pamiętam zainspirowały mnie opowieści w stylu Dwóch Światów. Założenie było takie, że Karol przeniósł się do świata równoległego poprzez boczne wejście do szkoły. Ach ta dziecięca psychika, prawie jak w “Królu Olch” :) . Co do brutalności, no cóż.. bez niej opowieść nie byłaby w założeniu straszna, prawda?

02
lip

Witam na moim blogu

Jest to mój pierwszy post, a więc dobrze byłoby się przywitać. Od dzieciństwa interesowały mnie wszelkie tajemnicze historie, zjawiska niewyjaśnione, jednym słowem wszystko inne od szarej rzeczywistości. W pewnym sensie moim hobby stało się pisanie opowiadań. Różnie z nimi bywa - jednym się podobają, innym nie. Dotychczas w tematyce przeważa fantastyka, na poważniejsze teksty przyjdzie jeszcze czas. Nie ma po co rozpisywać się o sobie, jestem licealistą jeśli kogoś to interesuje (ludzie raczej wolą wiedzieć w jakim wieku jest autor). Zapraszam do lektury! Wszelkie komentarze mile widziane!