O stół uderzył ciężki kufel, przyniesiony właśnie przez asystentkę karczmarza, wypełniony po brzegi ciemnym, spienionym piwem. Mężczyzna był wyraźnie znużony. Oparł głowę o zgiętą w łokciu rękę i westchnął ciężko. Spojrzał na kilka pustych kufli po jego prawicy. Następnie przeniósł swój wzrok na dopiero co przyniesione piwo. Uśmiechnął się pod nosem widząc, jak piana leniwie spływa po ściance. Czy opróżnienie i tego kufla coś mi da? - zastanowił się przez chwilę. Po krótkiej chwili bez najmniejszego oporu chwycił za rączkę naczynia i kilkoma dużymi łykami pozbył się jego zawartości. Był wyraźnie zadowolony z tego co zrobił. Otarł ręką krople trunku, które zostały na jego koziej bródce. Rozejrzał się po karczmie. Pomimo wieczornej pory, Lwia Duma nie była zbytnio zaludniona. Prócz niego w karczmie siedziało kilku nocnych elfów, rozmawiających bez przerwy w swoim ojczystym, pokręconym języku.
- Więcej ich drzewa nie wysiały?- mruknął półgłosem – Czemu akurat tutaj przesiadują? Spoglądał przez chwilę mętnym wzrokiem na grupkę, po czym odwrócił się z powrotem do swojego stolika. Może ten gnom - mądrala by mi powiedział… albo chociaż znalazł wytłumaczenie na ich masowe przybycie do Południowych Królestw? – zamyślił się, marszcząc przy tym czoło. Nieważne… Są ważniejsze sprawy, którymi trzeba się zająć. Rozsiadł się wygodniej w fotelu i spojrzał na mały płomyk świecy, stojącej na jego stole. Ogień przyczynił się do wielu cierpień w jego życiu. Ci, którzy znają jego mroczną historię mogą kiwać przytakująco głowami, lecz szczęśliwie dla niego, nie jest ich wielu. Człowiek przybliżył rękę do płomyka na odległość poczucia żaru. Znał dobrze to uczucie; niejeden raz jego ciało było poparzone i zwęglane przez ogień…
Dalaran, dziesięć lat wcześniej
Księżyc był w pełni, noc bezwietrzna. Kevran Arcanos odprawił już służbę ze swojego domu-wieży, mówiąc że udaje się na spoczynek. Czarodziej przebywał w podziemiach, w – jak to sam określał – sali eksperymentów. Siedział pogrążony w zadumie na fotelu. Jego myśli były tego dnia wyjątkowo nieuporządkowane, a przecież myślał, że jest tak blisko uzyskania rozwiązania. Wiedział, że jeśli mu się uda, urośnie w oczach Rady. Brakowało tylko jednego elementu! Z rozmyślań wyrwał go odgłos kroków na schodach. Wstał, przybierając groźną minę. Drzwi od sali skrzypnęły, a po chwili oczom maga ukazała się główka jego dziesięcioletniego syna, Lerena. Nagle przez jego głowę przemknęła porażająca myśl „obiekt”. Jego ściągnięta twarz rozluźniła się.
- wejdź, synu – powiedział cichym głosem. Leren nieśmiało wkroczył do sali.
- od czasu odejścia matki twój ojciec musi ciężko pracować… - Kevran podszedł do świeżo zapisanych zwojów na biurku, rzucił szybko na nie okiem, po czym odwrócił się do syna, kontynuując – bardzo ciężko jest utrzymać to wszystko. Ale tatuś cię kocha.. wiesz o tym, prawda?
- Tak, tato – odparł nieco zdziwiony chłopiec. Nie spodziewał się takiej dobroci ze strony ojca, nie nocą, kiedy mag zakazywał mu poruszania się po wieży.
- Lerenie, pokażę ci sztuczkę. Wszak zawsze chciałeś nauczyć się czarować, prawda? – ton czarodzieja był łagodny jak nigdy, chłopcowi zaświeciły oczy. Czarodziej podszedł do regału zawierającego – jak chłopcowi się wydawało- składniki do zaklęć. Zabrał z niego fiolkę z rdzawym proszkiem i czarny kamień.
- Zaraz zaczniemy, tak… - Kevran mruknął wyraźnie podenerwowany – stań tam – wskazał na drugą stronę sali ze srebrnym kręgiem na podłodze. Chłopiec z ochotą wykonał polecenie ojca. Będzie czarować, myślał tylko o tym.
- No, stań prosto wreszcie! – Kevran syknął, po czym podszedł do swego biurka. Leren przestąpił z nogi na nogę. Wiedział, że trzeba się słuchać ojca i każdą jego dobroć traktować jako nagrodę.
Kevran jeszcze raz spojrzał na zwoje, po czym wysypał trochę rdzawego proszku na dłoń. Odetchnąwszy głęboko wyciągnął rękę w kierunku swojego syna. Na jego twarzy widać było napięcie. Wymruczał coś pod nosem, wokół ręki zaczęły pojawiać się języki ognia. Leren z początku myślał, że to zwykły pokaz magiczny, taki jak te które mógł oglądać na ulicach Dalaranu. Jak błędna była jego ocena przekonał się, gdy uderzyła w niego ognista kula. Padł nieprzytomny, a ostatnią rzeczą, jaką czuł był zapach jego spalonego kaftanika…
Czasy obecne, Goldshire
Mężczyzna wyszedł z karczmy. Była bezwietrzna noc, ciemność rozświetlał księżyc w pełni. Wioska nigdy nie była opustoszała o tej porze ze względu na jej bliskie położenie przy Stormwind. Było to miejsce spotkań podróżników wszelkiej maści. Czasami przyjeżdżał nawet cyrk. Ominąwszy grupkę zapijaczonych krasnoludów, robiących sobie balangę na środku traktu, skierował swe kroki do kuźni. Żarzące się palenisko dogasało, człowiek zaklął szpetnie.
- Co to, zamykacie już dzisiaj? – rzucił do postaci schylonej nieopodal kowadła. Zaraz, kowalowi chyba nie potrzebny płaszcz z kapturem! W jednej chwili postać obróciła się, rzucając w niego nożem. Poczuł palący ból w udzie, ostrze trafiło w sam środek mięśnia. Nie zdążył nawet jęknąć, jak jego oponent wyciągnął dwa długie noże z pochew. Teraz mógł go zobaczyć, był przygarbiony… Jego twarz, bez skóry, widać było kości! To nie był człowiek lecz nieumarły! Ubrany właściwie w łachmany. Jedyną rzeczą, która się wyróżniała był złoty medalion wiszący na jego szyi. Za nim leżał zaszlachtowany kowal w kałuży swojej krwi. W jednej chwili upojenie alkoholowe człowieka znikło. Wyszarpnął miecz z pochwy i ustawił się w pozycji bojowej na tyle, na ile pozwalała mu jego przebita noga.
Z ust nieumartego wydobył się ochrypły śmiech. Bezszelestnie podbiegł do człowieka uderzając z dwóch stron sztyletami. Oba cięcia zostały odbite i nastąpione szybkim kontratakiem przy akompaniamencie przenikliwego bólu w udzie wojownika. Miecz człowieka uderzył jednak w powietrze; nieumarty zabójca w chwili opadania miecza był już za nim. Mężczyzna zdołał się tylko odwrócić, o obronie przed uderzeniem rękojeścią noża w głowę nie było mowy. Opadł ledwo przytomny na kamienną posadzkę kuźni. Na szczęście miecz nie wypadł mu z rąk. Z rany w nodze ciekła mu krew. Nieumarły znów się zaśmiał. Przykucnął przed nim, powoli zbliżając ku jego twarzy broń. - Pieprz się – warknął człowiek, siekając mieczem na odlew. Tego przeciwnik się nie spodziewał. Cios dotkliwie trafił rękę zabójcy, co przy jej „naturalnym” uszkodzeniu skończyło się natychmiastowym odjęciem. Nieumarły wykrzywił twarz w grymasie i złapał się za cieknący zieloną mazią kikut. A jednak coś czują pomyślał człowiek, po czym szybko wyciągnął zza pasa flakonik z czerwoną cieczą. W jednej chwili wyrwał nóż tkwiący w jego udzie i wypił zawartość buteleczki. Z początku tryskająca krwią rana niemalże się zagoiła - Szlag by to trafił.. za mała dawka – syknął człowiek czując większy ból niż wcześniej. Przynajmniej już nie krwawił i nie był taki unieruchomiony jak na początku. Chwycił mocniej swój miecz i podpierając się o niego, wstał. Zabójca prócz ręki stracił też poczucie humoru jakie miał na początku walki. Resztki mięśni i tkanek na jego twarzy wyrażały teraz tylko chęć mordu.
Tym razem to wojownik był pierwszym, który zadał cios. Potężne uderzenie z góry, mające przeciąć nieumarłego na pół smagnęło tylko powietrze. Nie tracąc czasu, zabójca od razu wykonał pchnięcie. Człowiek ledwo co go uniknął. Szybki skurczybyk… Zadał serię ciosów swoim półtoraręcznym mieczem, jednak szybki zabójca zdołał i przed nimi zrobić unik. Nieumarły nie pozostał mu dłużny, dziurawiąc jego skurzany kaftan. W końcu obaj zaczęli słabnąć. Zabójca nie zastanawiając się, rzucił swoim długim nożem w wojownika. Nie trafił.. Zachęcony bezbronnością człowiek już do niego podbiegał, gdy nieumarty uniósł swój medalion. Z jego wnętrza buchnął ognisty podmuch. Człowiek zdążył tylko zasłonić oczy, stracił czucie, a jego broń odleciała od niego…
Dalszy przebieg wypadków widział jakby przez mgłę, w jego uszach na przemian dzwoniło i piszczało. Wstał i kierował się ku nieumarłemu. Chwila ta zdawała się dla niego trwać godzinę. Po drodze wyszarpnął ze stojaka na broń topór bojowy. Nieumarły był bezbronny, spoglądał na niego z wystraszoną miną. Doszedł do zabójcy. Z dzikim okrzykiem na ustach wbił w jego klatkę piersiową ostrze topora, uniósł broń razem z nieumarłym do góry i uderzył jego ciałem o kowadło. Gdy z mostka i twarzy zaczęła wylewać się zielona maź, człowiek wziął ciężki młot kowalski i z dziką satysfakcją serią uderzeń rozpłatał czaszkę przeciwnika. Po upływie kilku minut, gdy podczas walenia słychać było tylko uderzenie w kowadło, opadł z sił. Cisza… Obejrzał się za siebie. W drzwiach do kuźni stali poprzednio bawiące się krasnoludy. Z rozdziawionymi ustami oglądali dzieło wojownika.
- Na kamienne cyce mojej babki! Przysiągłbym że nie słyszałem żadnej walki! – rzucił ten, który wyglądał na najbardziej pijanego
- Nu, póki ten ogień nie walnął! A w jaki szał dryblas wpadł! – poważnie kiwając głową dodał inny
- To nieumarły!? Patrzta bracia! Kowala sukinsyn zabił!
Potok słów ciągnął się dalej, obolały wojownik podniósł swój miecz. Będzie potrzebował jeszcze więcej napraw po dzisiejszym…
- Te, panie bohater? A kto ty tak w ogóle? Chcę swoim ziomkom opowiadać o tym com zobaczył – wyrwał go z otępienia jeden z bandy
- Nazywam się… Kevran Arcanos. – powiedział po chwili zadumy. Za każdym razem jak się przedstawiał miał niemiłe uczucie, że ktoś zacznie być zbyt ciekawski.
- No to panie Kevran, trza opić tą bitkę! A przy okazji to i jakaś dziewoja pana opatrzy!
Więcej słów namowy nie potrzebował. Banda krasnoludów porwała go do karczmy.
Ciąg Dalszy Nastąpi